Pu-erh Yiwu z 2015 roku oraz Pu-erh Jingmai z 2015 roku. Z oferty Eherbaty

Z oferty Eherbaty.
Czyli pierwsze herbaty z cyklu "moje zapomniane herbaty" – czyli takie które zacząłem pić przed zawieszeniem kanału na YT a z których filmy miałem nagrane lecz nie z edytowane i… już tego nie zrobię.
Ale tutaj dalej chciałbym temat takich herbat poruszyć zaczynając własnie od moich pierwszych, dwóch bardziej "sensownych" Pu-erh shu.

Pu-erh shu zawsze lubiłem i mnie do nich ciągnęło, lecz nigdy nie wypiłem żadnych które pokazałyby mi "coś więcej" niż tylko typowe ziemiste/wilgotne smaczki.
Aż w końcu spróbowałem tych dwóch i… miło się zaskoczyłem ich całym obliczem oraz jeszcze bardziej pokochałem ten typ herbat.
Od momentu kiedy po raz pierwszy ich spróbowałem – dość często mnie do nich ciągnęło aby wypić więcej i więcej i mam wręcz wrażenie że z czasem, każda kolejna sesja smakowała mi bardziej.
Jednej i drugiej herbaty miałem po kawałku 50g czyli łącznie 100g, jednocześnie nie licząc mini-tuocha były to moje pierwsze prasowane Pu-erhy a głównie piłem je na gongfu.
Szczególnie pokochałem jak duże "odświeżenie" mi te herbaty dawały, w buzi oraz policzkach po wypiciu utrzymywało mi się takie oziębiające uczucie jak po mięcie oraz w posmaku przeplatały się ziołowo-mentolowe aromaty.
Ale! także w samym sobie smaku/aromacie podczas picia czułem dość dużo aromatu wydaje mi się mentolu… dosłownie to samo co w przypadku Tajwańskiej czarnej herbaty Hong yu – co było nadzwyczaj ciekawe i bardzo mi się własnie ten aromat spodobał.

Pu-erh z Jingmai był troszkę mocniejszy, intensywniejszy (chociaż nie jakoś bardzo ogólnie), szczególnie kiedy zaparzyć go odrobinkę mocniej – czułem w nim jeszcze więcej mentolu.
Podczas gdy normalnie, najbardziej wyróżniał się tu aromat orzecha włoskiego, odrobinkę ziołowy, delikatnie owocowy i trochę ziemisty.
Słodki z małą goryczką(?), oblepiający, gęsty lecz jednocześnie gładki.

Pu-erh z Yiwu mentolu miał mniej – lecz więcej bez mocniejszego parzenia, mocniejsze parzenie nie wydobywało tego aromatu więcej tak jak w przypadku Jingmai.
Był bardziej delikatny, słabszy ogólnie, konsystencje miał podobną do Jingmai ale odrobinkę słabszą, mniej gęstą i dalej przyjemnie gładką oraz oblepiającą.
Był także bardziej słodki, szczególnie owocowy! czerwono-owocowy, lekko miodowy, ziołowy, mniej ziemisty od Jingmai.

Obydwie herbaty powiedziałbym że były w sumie bardziej wilgotne aniżeli ziemiste – czyli aromat powietrza w starej piwnicy aniżeli smak mokrej ziemi.
Szczególnie miło zaskoczyłem się ich ogólną słodyczą oraz świetnym, długim posmakiem.

Ciężko powiedzieć która bardziej mi podpasowała a która mniej, na początku polubiłem większą intensywność Jingmai a mniej delikatność Yiwu – lecz z czasem, zwłaszcza ostatnio jak po pewnej przerwie sięgnąłem po obydwie, picie Yiwu było dla mnie bardziej przyjemne.
A więc myślę że Yiwu oceniłbym minimalnie lepiej od Jingmai – chociaż obydwie były bardzo świetnym doświadczeniem oraz obydwie jak najbardziej polecam!
Szczególnie początkującym z tym typem herbat ponieważ obydwie (a szczególnie Yiwu) były w miarę -cierpliwe-.
Zostało mi jeszcze obydwu herbat na ostatnie 2 porcje każdej i na pewno przyjemnie będzie mi po nie jeszcze sięgnąć!

Na koniec dorzucam kilka zdjęć tej z Yiwu, mocniej zaparzona miała szczególnie piękny, krwiście czerwony kolor.
Zdjęć Jingmai brak ponieważ mam tylko zdjęcie kawałka ciastka (może jeszcze zrobię i wrzucę kiedyś do mojego archiwum)

Facebook udostępnia publicznie 5 z 6 zdjęć tego wpisu. Pełna galeria →

Pierwotnie opublikowane na Facebooku: zobacz post i komentarze.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *