Nilgiri winter frost black tea styczeń 2025 TeaGardenia
TeaGardenia
Piłem pierwszą partię tej herbaty chyba jakieś 2 lata temu. I mimo że aktualna jest trochę gorsza, to jednak dalej jest dość ciekawa i złożona aromatem.
Produkowana jest ogólnie w trochę innym stylu niż typowe Nilgiri, może bardziej na wzór Chińskich czarnych.
Parzenie w gaiwanie pokazało więcej złożoności, to w czajniczku trochę spłyciło aromaty, ale podobał mi się jego balans i raczej właśnie tak będzie mi się ją lepiej piło.
Napar w konsystencji gęsty, miękki, lekko gładki ale także z pewną chropowatością.
W smaku słodko wytrawna, goryczy dużo nie ma. Słodycz przyjemna ale nie nazbyt intensywna, dobrze wyważony smak.
Aromaty… owoce: mango chutney, ananas, kokos, w czajniczku delikatnie pomarańcza.
Przyprawy korzenne zwłaszcza cynamon oraz ogólnie pewna pikantnosc jaka z tym idzie – właśnie od tej strony najłatwiej czuć tu że to herbata z Indii.
Lekko czekolada/kakao i orzeszki. Ogólnie czuję tu dość prażone pistacje, zwłaszcza na finishu i posmaku. W czajniczku także prażone orzeszki ziemne.
Do tego delikatne pieczenie od którego kojarzą się nuty w kruche ciasteczka. Ciasteczka maślano-korzenne.
Maślane? Tak, w herbacie jest też lekko nuta śmietankowa.
Łącząc niektóre aromaty razem, dostajemy mango chutney z pikantnymi przyprawami lub korzenną czekoladę. Co daje fajne połączenia w ustach, jak mówiłem na początku – aromaty dość złożone.
Rozkładając to wszystko na części, bo tak lubię podchodzić do aromatów:
Herbata była trochę przypieczona, zapewne troszkę mocniejsze suszenie. Widać to już w liściach – lekko czerwonawe przebarwienia na łodygach i patyczkach i większa ich suchość. Miejscami łodygi wypełniły się powietrzem i bardziej wysuszyły, teraz łatwo rozkruszając – pokazuję te miejsca na zdjęciach.
W smaku odbija się to lekko pieczonymi nutami, czyli wyżej wspomniane orzeszki, ciasteczka, czekolada, kakao.
Śmietanka/maslanosc zapewne jest efektem miejscowego mniejszego utlenienia liści (zielone listki) + powyższego pieczenia.
Korzennosc to terroir.
A cała reszta to już efekt obróbki na czarną herbatę.
Z minusów brak olejków i liście były trochę zbyt mocno zrolowane.
Forma aromatów mogła być trochę lepsza jak i ogólny balans, coś mi tu troszkę nie pasowało na gaiwan. Ale to małe różnice, ta forma ogólnie była w porządku.
Na czajniczek będzie mi się ją pić całkiem przyjemnie.
Pikantne mango chutney z kokosem i pistacje tworzą tu najciekawszą robotę.
Ale raczej nie jest to herbata której kupiłbym więcej, chociaż zobaczymy jak skończę to opakowanie.
Facebook udostępnia publicznie 5 z 17 zdjęć tego wpisu. Pełna galeria →
Pierwotnie opublikowane na Facebooku: zobacz post i komentarze.




