Malawi white peony

Czyli jedna z dwóch Afrykańskich białych herbat z tej samej plantacji Satemwa w Malawi dostępnej w ofercie eherbata.pl
Obydwie herbaty zakupiłem gdzieś w 2018 roku i dopiero w niedawnym czasie się za nie zabrałem, w tym wpisie skupie się na Malawi white peony a w kolejnym na Bvumbwe white peony.

Zacznijmy od krótkich informacji, pomimo że w nazwie herbaty mamy "White peony" czyli "bai mu dan" to bai mu dan'em ta herbata nie jest – a bardziej przypomina Shou mei ze względu na małą ilość pączków oraz ogólną systematykę.

Liście mają ładne zielono-brązowe odcienie kojarzące się bardzo jesiennie a te bardziej utlenione przechodzą już w czerń, nie są jakieś małe ale do ogromnych także nie należą.
W zapachu z kolei są dość mocno specyficzne, można powiedzieć że trochę ziemisto, drzewnie ale najbardziej… zwierzęco! mają taki zapaszek, jak koń, owca czy inne zwierze, i to nie tyle co ta herbata ale Bvumbwe white peony także ma podobne nutki.
Ocieplone liście pachną że praktycznie tak samo, nie ma tu nic więcej do powiedzenia.

Jeśli chodzi o smak/aromat już gotowego naparu to wszystko też zależy od zaparzenia – odpowiednio zbalansowanie zaparzona dość mocno przypomina słodkiego bai mu dan/shou mei ale jednocześnie posiadając swoje własne unikalne akcenty.
Czyli z jednej strony jest delikatna, słodka, kwiatowa, może odrobinę miodowa? ale z drugiej natomiast posiada swoje własne Afrykańskie akcenty w których jest bardziej "wytrawna" niż słodka i smaczek ma tutaj praktycznie ten sam co zapach liści – czyli ziemisty, drzewny ale najbardziej zwierzęcy, nawet częściowo mogę go sobie skojarzyć z jakimś pu-erh shu.
Co całościowo daje ciekawe oblicze, fajna herbata jeśli ktoś własnie lubi typowo słodkie bai mu dan ale chciałby je sobie czymś urozmaicić.

Jeśli zaparzyć ją mocniej natomiast to jej delikatność, słodycz oraz kwiatowość się rozlatują i robi się bardziej wytrawna, mocna z tymi bardziej Afrykańskimi smaczkami.
Te jej Afrykańskie-zwierzęce smaczki mogą nie każdemu przypaść do gustu ale jak dla mnie były całkiem ciekawe, dają one takie suche uczucie, jakby siedziało się na wysuszonych Afrykańskich stepach.
Kolor naparu w pierwszym parzeniu bardziej jasny, żółty, kremowy – podczas gdy w drugim przechodzi w pomarańcz.
A w konsystencji i odczuciu napar jest dość gładki.

Jeśli chodzi o parzenie to eherbata poleca parzyć ją w czajniczku 250ml, temperatura 90+ Celsjusza i troszkę dłużej parzona.
Ja z kolei najpierw parzyłem ją w gaiwanie i na takiej wersji się w pierwszej kolejności skupimy, nie było to co prawda gongfu ale bardziej "zwykłe" parzenie na gaiwan ale według mnie wyszło naprawdę świetnie.

A wiec proporcje 3g-100ml gaiwan, temperatura także mniejsza bo 85 Celsjusza, pierwsze parzenie 30sec a każde kolejne wydłużałem o +30sec do 1:30min gdzie nie czułem potrzeby go dalej wydłużać bo i tak zrobiła się już za mocna, dopiero ostatnie 8! parzenie zaparzyłem 2min.
Do tego pierwsze 3 parzenia wykonałem z tak zwanym "spokojnym zalaniem" czyli techniką polegającą na spokojnym zalaniu liści tak aby nie wzburzyć wody żeby liście nie zamoczyły się w niej zupełnie – białe herbaty o dużych liściach fajnie wtedy wychodzą bo mają to do siebie że nie nasiąkają wodą tak szybko a więc do 3 parzenia z takim spokojnym zalaniem liście dalej były miejscami suche.
Ta technika ma ogólnie na celu złagodzenie pierwszych parzeń – co w przypadku tej herbaty spisało się całkiem świetnie ponieważ potrafi się zaparzyć dość mocno.
Pierwsze parzenie łagodnie zaparzone w taki sposób szczególnie przypominało mi bai mu dan – każde kolejne robiło się coraz mocniejsze ale dalej było jak dla mnie bardziej słodkie i kwiatowe niż gdyby tę herbatę zaparzyć choćby tak jak eherbata poleca (mocniej i dłużej).
I w sumie gdybym ponownie ją tak parzył to zamiast wydłużać kolejne parzenia o +30sec zrobił bym to o +15sec i myślę ze byłaby jak dla mnie idealna.

Mówiąc z kolei o parzeniu eherbaty czyli w moim przypadku 4g liści-250ml wody w czajniczku-temperatura 90 Celsjusza: 1 parzenie 1:30min, 2 parzenie 2:30min, 3 parzenie 5min.
(Co ogólnie i tak jest trochę słabszą wersją niż oni polecali)
Wyszła mocniej, bardziej wytrawnie niż słodko, z bardziej mocniejszymi Afrykańskimi akcentami.
Pierwsze parzenie co prawda trochę jeszcze przypominało bai mu dan i było delikatnie kwiatowe ale od 2 parzenia już się znacznie bardziej wzmocniła i jak dla mnie mniej mi pasowała, podczas gdy w 3 parzeniu smaki się za bardzo rozleciały i już sobie je podarowałem.
Czyli wychodzi na to ze moje parzenie na gaiwan dało mi 8 parzeń = 800ml dobrego naparu, podczas gdy to na czajniczek 2 parzenia = 500ml w miarę ok naparu.
No ale oczywiście co kto woli, ja zawsze zachęcam samemu do eksperymentowania z parzeniem!

Podsumowując:
Herbata potrafi zaparzyć się mocniej, bardziej wytrawnie.
Ale zaparzona odpowiednio zbalansowanie daje nam coś jak bai mu dan/shou mei ale dodatkowo ze swoimi unikalnymi smaczkami/aromatami.
Jak dla mnie herbata bardzo udana i przyjemna!

Facebook udostępnia publicznie 5 z 6 zdjęć tego wpisu. Pełna galeria →

Pierwotnie opublikowane na Facebooku: zobacz post i komentarze.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *