Bvumbwe White peony

Czyli druga biała afrykańska herbata z plantacji Satemwa w Malawi którą było mi dane spróbować.
I w tym przypadku będę ją delikatnie porównywać z tą poprzednia czyli Malawi White peony z mojego poprzedniego wpisu.

I cóż… w tym przypadku podchodzę trochę sceptycznie do tego wpisu ponieważ po prostu nie mam o niej nic bardziej sensownego do napisania.
Nie ze z herbatą jest coś nie tak, ale moje ostatnie z nią doświadczenia wyszły tak jakoś…. nijak?

Ale zacznijmy po kolei liście:
Są one bardzo duże, chyba największe wśród wszystkich herbat jakie miałem jednocześnie paleta kolorów prezentuje się na nich dość ciekawie, od jasnych zielonych odcieni po te bardziej brązowo-czerwone od utlenienia – utlenienia którego akurat w tym przypadku jest trochę więcej niż w przypadku herbaty Malawi white peony.
Ale tak jak utlenione liście w Malawi były bardziej czarne, tak te tutaj są bardziej brązowo-czerwonawe co ładnie się prezentuje, niestety zdjęć liści nie udało mi się zrobił zbyt dobrych przez co nie oddają one jak faktycznie ona wygląda.

Zapach z kolei liści suchych jest także zwierzęcy-rustykalny, kiedy pierwszy raz ją otworzyłem aby powąchać podczas dostania paczki w której to zamówiłem tę herbatę – powiedziałem "Pachnie słoniem"
Ocieplone liście z kolei pachną podobnie lecz dodatkowo gdzieś tam nawet sporo zapaszku miodu czułem co całkiem ciekawie się łączyło.
Podczas gdy mokre liście miałem wrażenie że się trochę zatraciły pod względem tych aromatów i do tego czułem tam bardziej zapaszek gałązek jak w przypadku tych mocniejszych Bai mu dan.

Gotowy napar w kolorze pierwszego parzenia był jaśniejszy-żółtawo-kremowy a od drugiego robił się pomarańczowy.
Czyli wyglądał on dosłownie tak samo jak w herbacie Malawi White peony.
W teksturze był bardziej gesty? chropowaty? niż w przypadku Malawi White peony, był ogólnie mniej gładki i mniej delikatny.

A jeśli chodzi o jej smak/aromat, to cóż… tutaj się własnie robi dla mnie problem, była ona w miarę słodka ale też balansowała pomiędzy byciem słodką a bardziej wytrawną, częściowo była podobna do Malawi White peony ale jednak inna.
Czasami na pierwszym planie była fajnie kwiatowa a na drugim zwierzęca-słoniowa-rustykalna lecz często jakoś mi się te smaki rozlatywały.
Ale to co na pewno mogę o niej powiedzieć to… miód! zdecydowanie miała więcej aromatu miodu który utrzymywał się przez wszystkie parzenia oraz także w posmaku.

Moje doświadczenie z nią wyglądało tak:
Za pierwszym razem parzyłem ją dla gości samemu pijąc jedynie minimalnie i wtedy wydała mi się być bardzo fajna.
Później kiedy pierwszy raz poważnie do niej podszedłem – zaparzyłem ją według zaleceń eherbaty, czyli większa temperatura wody, 250ml i dłuższe parzenie, zaparzona w taki sposób wyszła fajnie, pamiętam że była może trochę bardziej wytrawna niż słodka ale ogólnie była przyjemna.
Lecz niestety kiedy ostatnio podchodziłem do tej herbaty aby napić się jej także na potrzeby tego wpisu to coś mi w niej nie pasowało, coś mi w niej nie wyszło.
Najpierw dwa razy zaparzyłem ją w gaiwanie w mniejszej temperaturze 85 Celsjusza i stwierdzam że gorzej się w takiej temperaturze parzy, może to własnie przez większą ilość utlenienia? w późniejszych parzeniach wtedy aż zrobiła się trochę trawiasta, niczym niedoparzona czarna.
A więc zaparzyłem ją ponownie według zaleceń eherbaty w większej temperaturze i tak jak faktycznie wyszła trochę lepiej to i tak coś mi w niej nie pasowało i nie mogłem się w nią wczuć… I z tego powodu dziwne mam teraz do niej podejście, z wcześniej zapamiętałem ją dobrze podczas gdy z teraz niezbyt.

Malawi White peony była i parzyła się też mocniej, intensywniej ale jednocześnie dobrze zbalansowanie i jednolicie, podczas gdy w tej tego brakowało, z tego powodu Malawi bardziej mi pod pasowała niż ta Bvumbwe.

Pierwotnie opublikowane na Facebooku: zobacz post i komentarze.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *